czwartek, 10 grudnia 2015

Koktajle

(Po n-tym kieliszku wina wątpliwej jakości spłynęło na nie niepowstrzymane umiłowanie mądrości)

Nasze pokolenie podchodzi do urządzeń elektronicznych z troską i empatią, czego brakuje pokoleniu naszych rodziców i dziadków. Traktujemy telefony komórkowe jak przedłużenie ręki, a określenie Personal Computer (PC) nabiera na znaczeniu, bo ten komputer naprawdę staje się bliski osobie właściciela..

Nonsens, ja tego nie czuję.

Ile razy serce mocniej zabije, kiedy smartfon upuszczony z łoskotem upada na twardą posadzkę, jak bardzo krwawi na widok zarysowanej szyby? Złość, która rozsadza nas kiedy zawieruszy się gdzieś w torebce i przerażająca perspektywa jego utraty...

Najwyżej przez wizję kosztów, nikt nie lubi psuć, a tym bardziej tracić tego, co cenne i użyteczne.

Jednak, prawdopodobnie wraz z  kosztami idzie przywiązanie. Nasi rodzice potocznie zwą to uzależnieniem na przykład od telefonu. Tylko, że uzależnieni nie jesteśmy od telefonu, ale raczej od funkcji jaką pełni w naszym życiu….

Mhm, weź mi polej.

Jasne. Przy pomocy takiego urządzenia zyskujemy cały wachlarz możliwości, od komunikowania się z bliskimi i znajomymi, przez bezustanny przepływowi informacji o świecie, aż po rozwój kompetencji takich jak pamięć czy spostrzegawczość. W sumie takie działania pomagają funkcjonować nam we współczesnym społeczeństwie, dzięki temu sprostujemy jego oczekiwaniom z większą łatwością niż np. przez telefon stacjonarny i lokalną kafejkę internetową. W skrócie telefon komórkowy staje się kolejnym organem poszerzającym nasze możliwości poznawcze. Każdy posmutniałby widząc jak choruje jego ręka, czując, że znacznie traci słuch i wzrok. A jako, że my dostęp do naszego nowego organu dostaliśmy w wieku dojrzewania, to nic dziwnego, że poziom zżycia znacznie różni się od tego naszych rodziców. Pozwólmy im tego nie rozumieć.

(Jedna ze stron dyskusji odchodzi, lecz ona toczy się dalej)

Taka relacja obfituje też w różne inne skutki. Ilekroć zmieniacie telefon to następuje proces przystosowywania się, zmiana nawyków, może zmiana nastawienia. To jak przeszczep. Nie dziwią też odwieczne konflikty zwolenników Samsunga i Apple’a, których podstawą nie byłoby nic innego jak swoisty rasizm lub tolerancja na podstawie biologicznych różnić. III wojna światowa nie rozegra się między Wschodem i Zachodem, ani Bliskim Wschodem i resztą świata, ale nagle ludzkość stanie w obliczu konfliktu dwóch korporacji. Najpierw pozbędą się całej konkurencji, skończy się Huwaiwei, Motorolla, LG, Nokia… To będzie prawdziwa rzeź szklanych ekranów. Najgorsze nadejdzie potem.. przegryzione ładowarki, zawirusowane oprogramowania, palone karty sim i podpalane obudowy. Koktajle Jobbsa wszędzie. No właśnie, koktajle.. Hmm.

(Kurtyna milczenia opada. Gdzieś w tle słychać jedynie ciche siorbanie.)

czwartek, 26 listopada 2015

Włosy

Ściełaś włosy? O matko! Jak to? Okrzyknęła bardzo kochana, ale bezpośrednia koleżanka. Choć przez moment ton jej głosu zabrzmiał niczym oskarżenie o wymordowanie stada zwierzątek, intencje wcale nie były złe. Zamanifestowały pewną relację. Między włosami, a ich posiadaczkami.

Tłum, w którym codziennie przedzieramy się na uniwersytet pełen jest długich włosów. Właściwie, gdzie nie spojrzeć atakują brązowe proste, falowane blond, tu ombre, tam ciemne, inne farbowane. Dziewczęta rzeczywiście są mocno przywiązane do tego, co od ostatnich kilkunastu lub dwudziestu lat wyrasta im na głowie.Zmiana wizji fryzury wywołuje nieprzyjemny stres, skonsternowany grymas lub ciche zakłopotanie.Przyznaję, że nie wiem, co znaczy takie zżycie. Mając siedem lat samodzielnie zmajstrowałam grzywkę, po komunii, jakby dla zamknięcia tematu białych sukienek i wianków, ścięłam też resztę. Inne hodowały piękne warkocze, choć oczywiście nie wszystkie. Offstreamowe krótkie boby zdarzały się dość regularnie, czasem w zestawie z okularami lub aparatem na zęby. Nadal nie umiem tych stylizacji zinterpretować, to było wczesne hipsterstwo czy nie..?

Rodzi się we mnie jedno pytanie, czemu tak się ich broni? Piękne i długie mogą być oczywiście podkreśleniem dziewczęcości, delikatności, a nawet niewinności. Cudnie kiedy tak powiewają na wietrze lub z gracją okalają porcelanową twarz. Mniej cudnie gdy przyjmują nieinwazyjną formę niesfornego, z czasem dość autonomiczngo koczka. Dziwi takie przywiązanie. Wątpię też żeby było hołdem dla utworu Włosy  Elektrycznych Gitar… To nie te czasy i raczej nie ta płeć.. Moda? A może bunt przeciw tej modzie.. Pewnie miałabym wątpliwości w przypadku takiej na obcinanie kończyn, ale chyba to wina mojej do bólu rozwiniętej pragmatyczności, no i faktu, że ręce jednak nie odrastają..

Pewnie do końca życia, ja i moja krótka  fryzura będziemy stały w pewnej opozycji do ideału kobiety. Gdzie jednak podziewa się konsekwencja orędowniczek długich włosów, że z taką zaciekłością nie bronią  również tych spoza głowy..

środa, 18 listopada 2015

Siedem minut

Wczoraj biały biały welon, jutro białe białe włosy
~Klan


Im dłużej żyję tym czas nabiera coraz innego znaczenia. Podkreślam: innego, nie większego ani mniejszego, nie zyskuje na wartości, nie staje się lepszy. On ewoluuje. Kiedyś życie miało swój określony nadrzędny porządek. Pobudka, śniadanie, mycie zębów, ubranie i do szkoły. Ze zdziwieniem wciągałam rajstopki przed płatkami z mlekiem, a koleżankom, które myły zęby przed śniadaniem trochę nie dowierzałam; z resztą nadal uważam, że to wybitnie nielogiczne. Teraz to, co się dzieje rano to jest do niczego niepodobne. Nie raz spodnie zakładałam równocześnie myjąc zęby, spłukując pianę z włosów i zagryzając kanapką. Trudno tu nawet o określenie jakiejkolwiek chronologii. Na czym oprzeć swój komfort psychiczny jeśli nie po rozregulowanym poranku przychodzi dzień pełen niewygodnych pytań: czy zjem dziś obiad? czy będę wracać do domu godzinę czy dwie? czy nie wypiję piwa, po czym w kieszeni płaszcza nie wyczuję kluczyków do samochodu? czy jeśli wybierając 509 zamiast tramwaju nie przesiąknę zapachem hipotetycznego bezdomnego? Kyrie eleison!
Na żadne nie odpowiem, bo to jak wszczęcie dyskusji o słuszności zalegalizowania sprzedaży metamfetaminy w księstwie Radomskim. Niepotrzebne, a przede wszystkim na tyle nierealne aby na nie odpowiadać.
Niepewności towarzyszą początki obłędu. Od tych prostszych, kiedy panikę wywołuje zaburzenie ilości czekoladek w kalendarzu adwentowym, syndrom znany jako teraz zjem dwie tak na dwa dni, aż po te naprawdę poważne. Znowu nadciąga fala pytań. Jeśli wydaje mi się, że notes kupiłam niedawno, a już się skończył to znaczy, że czas płynie o wiele szybciej czy po prostu na studiach się dużo pisze? Czy ten siwy włos na głowie to początki starości, a może suchy szampon? Świat daje nam tyle mylnych sugestii, że zaczynamy gubić się w realnej rzeczywistości.
Był taki czas kiedy skutecznie jej unikałam. Otóż stosowałam nieco ekscentryczne antidotum w postaci własnej strefy czasowej, siedem minut wcześniejszej względem reszty Polski. Naprawdę doceniałam to swoje małe tymczasowe uniwersum, gdy z przerażeniem patrzyłam na godzinę odjeżdżającego pociągu, a po chwili dostawałam od losu pół kwadransa. Moja strefa czasowa nigdy nie była do końca określona względem innych. Komórka co i rusz rozregulowywał się zegarek. W efekcie coraz bardziej i bardziej oddalałam się od tego, co rzeczywiste, mając wrażenie, że czas płynie powoli i spokojnie..
Romantyczny okres mojej tymczasowej niezależności został na zawsze przerwany, kiedy to podchmielona znajoma brutalnie zabrała moje siedem cennych minut. Siedem nieśmiertelnych minut..

niedziela, 1 listopada 2015

Na Bródnie.

Po raz kolejny słoneczne listopadowe popołudnie zamieniło się w bezkresną wędrówkę po wielkim niczym mazurska wieś cmentarzu Bródnowskim. Mijamy czwarty kontener, siódmą brzozę i piątą alejkę, a Ojciec nadal nie skręca. Ceglane mury północnej ściany płoną od światła jesiennego słońca, a my powoli zaczynamy się wznosić. Tego wzgórza nie kojarzy już chyba, żadne z nas. W powietrzu wypełnionym romansem  zapachu palonych zniczy i smażonej przed bramą kiełbasy wisi obawa. Obawa, że nigdy go nie odnajdziemy.


Po drodze spotykamy Malinowskich, Jana Kowalskiego lat 45 i piękną Ligię o perłowym uśmiechu. Jak na stu pięćdziesięciolatkę wygląda naprawdę dobrze - myślę, a po chwili nie widzę już Ligii, tylko jej sąsiadów Boguckich o płycie w kolorze wyblakłej czerni. Groby zmieniają się jak w kalejdoskopie. Na jednych adwokaci, na innych lekarze. Jest i Wiesław inżynier zerkający na przechodniów zza  zbyt dużych oprawek z lat osiemdziesiątych.  Tytułowanie zmarłych na grobach wraca do łask. Pod kolejnymi płytami leżą kochający mężowie, zmarli tragicznie i małe aniołki. Przez myśli przewijają się pomysły nagłówków rodem ze Steinbecka R.I.P. Danny- dobry kumpel, ale niezły skurwysyn, Świętej Pamięci i nieco puszczalska Dolores Ramirez.  Trochę się besztam, ale pomysł ma też swoje dobre strony. Młodzież odwiedzałaby okolicznych zmarłych nie tylko raz w roku i to ze względu na delicje w postaci pańskich skórek.


Choć nogi bolą, a niepewność i trwoga rosną, my nadal wytrwale idziemy. Natłok płyt powoduje zawrót głowy. Obserwując krajobraz cmentarny można dojść do wniosku, że w jakim stopniu realizuje on wyśniony przez Horacego motyw exegi monumentum. Lub przeciwnie, jest jego ironiczną interpretacją- pomnika ma każdy, ale do cholery, jest on z marmuru, nie ze spiżu i wkuty przez kamieniarza na wyjazdówce z Warszawy. Do tego większością trzeba się dzielić, nie daj Boże z jakąś rodzinną zakałą. Ale mili Państwo,  nie należy wybrzydzać, w końcu jest się na łasce potomnych. Zapomnicie o urodzinach siostrzenicy, spędźcie resztę w zaświatach ze świadomością, że na ziemi reprezentuje Was różowoszary pomnik z plastikową wiązanką i zniczami o kształcie kwiatów fioletowej kapusty. Nie wszystek umrze kiepska reputacja wśród nowych sąsiadów.

Ojciec w końcu skręca. Skomplikowanym manewrom między kolejnymi alejkami towarzyszy stukot obcasów i nieprzychylne przewodnikowi komentarze naszego małego pochodu listopadowego. Można powiedzieć, że cmentarz to jedno z miejsc najbardziej niezmiennych i trwałych, ale wystarczy, że w okolicy grobu-celu zmieni się choć jedna płyta i spacer może się zamienić się w wyprawę. Kiedy już jednak na horyzoncie lśni ta jedyna wszyscy oddychamy z ulgą i zabieramy się do rytuału. Przeważnie wszystko wraz z uprzątnięciem i modlitwą trwa od piętnastu do dwudziestu minut. Jeśli w okolicy pojawia się opcjonalna rodzina, wizyta przedłuża się o kilka minut. U nas właśnie mija  minuta dziesiąta, w alejce obok przewijają się gromady bródnowskich pielgrzymów. My natomiast zaczynamy sentymentalny powrót do lat 70. Stało się i dwie i trzy godziny, jako dziecko nudziłam się, jak jasna cholera. Babcia popłakiwała, dorośli wspominali. Teraz jednak to doceniam. Mówi moja mama, która nie wie jeszcze jak bardzo zdziwiłaby się słysząc to, co mówi z perspektywy ośmioletniej panny. Nie ukrywam jednak, że i ja podzielam jej rozżalenie. Plastikowe znicze, sztuczne kwiaty, byle jakie modlitwy.


I z łezką w oku przypominam sobie słowa pewne słowa pochodzące z krótkiego wywiadu. 1 listopada, cmentarz w Ciechocinku przytłoczony ciężkim szarym niebem, wszechobecna, smutna listopadowa atmosfera i ON. Don Wasyl z rodziną. Po jego lewicy kobiety, w centrum pokaźny czarny pomnik, a po prawej stronie orkiestra, stół z jedzeniem i butelka chłodnej wódki. Smutno, ale wierzymy w to i cieszymy się, że już nasi zmarli są na tamtym świecie, bo tam nie ma bólu i smutku. Jest Pan Bóg. Teraz śpiewamy ich ulubione piosenki, a to co, tu stoi to nie jest woda, bo nie wolno oszukiwać. I wódka prawdziwa i przemówienia z serca.

czwartek, 17 września 2015

Home-made linguistic theories.

And what if the language of my thoughts is not my native language? What if I am Polish, I feel a strong affection to the history and the heritage of this country but no matter how intensively I try I would never express myself properly.. I do not even mention problems with eloquence, no..  May it be the randomness of vocabulary, its incompatible rhythm  or above all inconsequence of language structure, literally, anything... Every single element of phenomenon called language can annihilate our internal agreement and cause complete desintegration!  That’s a horrible vision, isn’t it?  Happy are those who have already discovered that something does not work as they had expected. Among them we see musicians, painters, sculpturers and .... philologists? (Gosh, can they really be compaired with the most spiritualized professions ever?)

Let’s analyse closer their apparently earthbound situation. There are people who just find pleasure and facility in discovering  foreign languages. One day this small fascination explodes and they start feeling  a natural bond between their personality and object of longstanding studies – let it be English. More sensitive become poets, novelists or songwriters.

But... Have you ever had any strange attitude toward poliglotes? What do force them to deepen the knowledge of five , six or fifteen languages? Should it be only a dry pragmatism or need to extend the number of hypothetic smalltalkers? Or maybe is that a constant research for an appropriate method to express themselves - unconscious and, for some, never accomplished but resembles never-ending and rather spiritual exercise of joining the soul with the body. Sounds philosophically legit!

Now, I would like you to imagine the man who sacrified all his life for learning foreign languages being aware of his complete internal desintegration. He knows English, German, Norvegian, Swedish, Polish, French, Portuguese, Spanish, Urdu, Hungarian, Russian. Moreover he has recently experienced few lessons of Chinese and Korean. Ironically our seeker would feel emptiness and misunderstanding till the end of his life. Why? Oh that’s easy – the language of his mind was FANAGALO - ‘pidgin based on English, Afrikaans, Xhosa, and Zulu, used especially in the mines of South Africa’.....

Going a little bit further – what if our internal misunderstanding influences deeply relationships with other people? How many wars and conflicts could have been avoid if we’d known how to express our sensitivity, Adolf Hitler singing psalms in Hebrew as an antidote for the Holocoust? (That’s seems to be  a home-grown historiosophy, oh yess)

Isn’t the idea of the Babel Tower more convincing now?


I don’t know, but personally, I feel convinced to practice Portuguese grammar instead of supporting my hopeless English geist ..

piątek, 24 kwietnia 2015

“Moje życie jest jak tydzień złożony z piątków 13-tego”

Codzienność tych ludzi to wieczna walka o prawo do komfortu, tysiące wyrzeczeń, dziesiątki tysięcy pogrzebanych planów, miliony minut spóźnień, stresu i frustracji. Jak można żyć w świecie, gdzie każdy kot jest czarny, cała sól rozsypana, a żaden miesiąc nie zawiera w sobie litery R -mazec, czewiec, siepień itd… Nawet nie zdajemy sobie sprawy jakie tragedie odbywają się w ich domach, domach bez progów, luster, z tuzinem kominów. Postanowili, że najwyższy czas wyjść z cienia i opowiedzieć światu swoje historie.

Z Magdaleną* Z. spotykamy się w małej kawiarni niedaleko jej domu. Wybór umotywowała faktem, że wnętrze lokalu wyłożone jest jedynie niemalowanym drewnem. Może pukać do woli. Pukanie to oczywiście forma zaklinania rzeczywistości, żadna przyjemność. Tłumaczy i uśmiecha się szeroko. W jej uzębieniu widać braki, to efekt kilku skutecznych potknięć w dzieciństwie, tłumaczy i dodaje, że wydarzyły się one tuż po wyrośnięciu pięknych zdrowych zębów stałych. Wtedy też postanowiła zostać dentystką i walczyć ze stomatologicznym nieszczęściem. Na co dzień nosi implanty, ale one również ulegają zniszczeniom, więc podjęła decyzje o wyborze ruchomych. Będąc człowiekiem obdarzonym tak niezwykłą koordynacją ruchową wprost przeciwnie proporcjonalną do zachowań otoczenia należy analizować każdą decyzję dokładnie, doliczając margines strat, to pewne. Rozmawiamy, więc o jej życiu zawodowym, czy nie boi się przejmować odpowiedzialności za życie obcych ludzi, a właściwie ich zębów, jak radzi sobie z mianem profesjonalistki. Magdalena ponownie się uśmiecha i stwierdza, że jej przypadek jest zdecydowanie egocentryczny i nie przenosi się na innych ludzi. Niektórzy mówią nawet, że mam dobrą aurę. Paradoksalnie czują się przy mnie bezpiecznie. Zawsze byłam wybierana jako pierwsza do składów “w zbijaku” . Niezależnie od tego, w którą stronę leciała piłka, obrywałam zawsze ja. Miało to też swoje dobre strony, nauczyłam się łapać, praktycznie wszystko i wszędzie. Było w tym wiele prawdy, w przeciągu piętnastu minut rozmowy moja rozmówczyni zdążyła upuścić i złapać telefon komórkowy, łyżeczkę do herbaty, czajnik, a nawet własnego zęba (tego nawet zdublowała, co przypominało do pewnego stopnia żąglerkę). Niezwykła kobieta, naprawdę niezłomna. W moim przypadku rezygnacja, mogłaby być równoznaczna ze śmiercią. Wiesz ile razy ktoś potyka się na Giewoncie i przeżywa?

Na tej samej ulicy, ale pod numerem 12/14 mieszka dobry znajomy Magdaleny, Andrzej. Z relacji mojej rozmówczyni wiem, że cierpi na dużo poważniejszy “przypadek”, groźny dla otoczenia. Matka od zawsze nazywała mnie Werter, nie wiem czy to było celowe, czy to zauroczenie w bohaterze dzieła Goethego przysporzyło mi tylu zmartwień. Opowiada mój kolejny gość, założyciel grupy wsparcia dla ludzi dotkniętych zespołem chronicznego pecha. Nikt nie zdiagnozował tego jako choroby, ani nawet przypadłości. Katar sienny budzi większe emocje, niż fakt, że nie możesz przebywać w towarzystwie czarnych kotów. Jednak największym zmartwieniem Wertera nie są pechowe zwierzęta, a skłonność zwracania ku sobie nieprzyjemnych sytuacji, takich jak np. kontrola biletów w komunikacji. Kanarzy sprawdzają go za każdym razem, kiedy wsiada do autobusu. Średnio od ośmiu do piętnastu dziennie. Wyłaniają się znikąd, to naprawdę uciążliwa przypadłość. Nie może też jeździć autem, jego droga do pracy składa się z siedmiu zakrętów w lewo, wszystkie to zjazdy z dróg podporządkowanych, które przecinają się z najbardziej zakorkowanymi ulicami w okolicy. Kiedyś odcinek 10 kilometrów pokonałem w czasie 3 godzin..  Odpowiadam mu z przekąsem, że po prostu pech. Werter przerywa i tłumaczy, że choć określają siebie mianem nosicieli Zespołu Chronicznego Pecha, to ostatni człon nazwy to słowo w jakimś stopniu zakazane. Uważają, że samodzielnie jest ono bardzo raniące i lekceważące w stosunku do całej sytuacji. Nie chcą by problem bagatelizowano i kojarzono z przesądami, wróżbami, talizmanami i ludową zabawą. Od początku założenia naszej grupy wsparcia, mamy określony cel, przekonać WHO, żeby uznała nasz przypadek za chorobę. Życie wielu ludzi mogłoby nabrać kompletnie innego charakteru. Nagle z ofiar losu, bylibyśmy ofiarami NFZu.


Rok 2015 choć dla nich kolejny 1313 to okres buntu i zmian. Nie chcemy tak dalej żyć! W swojej walce o lepszy byt są na razie osamotnieni. Staramy się szukać sojuszników. Ostatnio podpisaliśmy się pod petycją o zezwolenie na robienie i udostępnienie oleju z konopi. Staramy się też angażować w akcje WWF,AWF,PDF… Jak widać ratunku szukają wszędzie, gdzie to możliwe, a nam pozostaje tylko trzymać za nich kciuki..

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Poświąteczny schopenhaueryzm.

Święta to podobno szczególny moment przeznaczony do refleksji nad życiem, istnieniem, duszą i masą innych uroków człowieczeństwa. Gdybyśmy byli trochę mniej dualistyczni, a bardziej jednolici wszystko rozgrywałoby się na poziomie potrzeb fizjologicznych: głodny? zjedz kanapkę. śpiący? idź śpij. A nie: głodny? zjedz kanapkę, ale w tym samym momencie odczuwaj niedobór wiedzy i pragnienie wolności, rozkładaj na części każdy element swojego marnego jestestwa by w końcu obrzydło ci wszystko razem z biedną kanapką. Właściwie to czym ona zawiniła?

Kalendarz liturgiczny de facto ustalając daty zachowywania szczególnej refleksji być może tworzony był także z myślą o odciążeniu dnia codziennego. Masz aż czterdzieści dni na poważne analizy i interpretacje własnej osoby, daruj sobie jednak w ten lany poniedziałek. Ciesz się dniem wolnym, oraz przyzwoleniem na lanie wody po podłodze w salonie. Co więcej, nie każdy piątek to Wielki Piątek ! Nikt nie sugeruje oczywiście, że kiedy nie ma świąt kościelnych, jesteśmy zwolnieni z myślenia. Ważne by raczej nie przekładać melancholii i zadumy na momenty przeznaczone do radości. Problem jednak rodzi się, kiedy już osiągasz apogeum radości. Umówmy się, że dzień Zmartwychwstania Pańskiego nie powoduje w większości religijnych spazmów i głębokich wewnętrznych przemian, ale za to kilku godzinna uczta już tak. Przede wszystkim spazmy z bólu brzucha, rewolucje, ale głównie żołądkowe. Nadmiar świąt Sprawia, że jakaś resztka człowieczeństwa budzi się i w bardzo nieudolny sposób rozpoczyna niecodzienny proces myślowy.
No bo co jeśli Jezus uważa farbowanie ugotowanych jajek za głupotę, a tym bardziej bawi go święcenie ich w kościele? Wcale mu się to nie podoba, ba, a jeśli ktoś błędnie odczytał sugestie i tak naprawdę symbolem odrodzenia jest cebula? To ją winniśmy malować, święcić i czcić? Cebule w majonezie, cebule faszerowane, żurek z cebulami. Co wtedy...

Poza pytaniami z zakresu wiedzy kulturoznawczej pojawiają się również inne przemyślenia, quasi filozoficzne. To uczucie kiedy po siedemdziesięciu dwóch godzinach nieustannego posiłku jedyne o czym marzysz to żywot pustelnika i konsumpcja korzonków lub zakon gdzieś daleko, w Tybecie, byle z dostępem do wifi. Siadasz więc na kanapie i po kolej tracisz zmysły, najpierw giną smaki jedzenia, potem jego zapachy, w końcu znika widok. Zamiera zdolność ruchu, mowy, myślenia. Pracują tylko jelita. Stan, który wtedy osiągasz jest bliski nirvany, od życia nie chcesz naprawdę nic. A Schopenhauer  kiśnie z zazdrości..