środa, 26 października 2016

Kaktus i Fotel.



Człowiek powinien chadzać na spotkania o charakterze kulturalnym. Nawet niekoniecznie w celu cudzysłowowego odchamienia, bo w teorii to właśnie jego studia powinny tą kultura emanować. Niekoniecznie przez całe życie, ale jak najdłużej, być wirusem tej nawracającej choroby, jaką jest umiłowanie do penetrowania dorobku kulturowego. Powód, o którym tu mowa, to próba bezbolesnego zdystansowania się do życia codziennego. Zdzisław Beksiński kondycję ludzką opisywał synowi w sposób następujący: jak to człowiek płynie łódką w kierunku wodospadu, który ją i jego pochłonie, a w łódce jest do wyboru kaktus i fotel. Czy ma sens (...) by w oczekiwaniu na nieuchronny koniec siedzieć przez cały czas na kaktusie zamiast na fotelu? 


I ja osobiście od początku roku akademickiego z każdym dniem staram się robić krok od kaktusa do fotela. Niewielki, ale krok. Może raczej posunięcie... Jednak jak dobrze wiemy bywają takie momenty kiedy kaktus doskakuje wprzód, a fotel odjeżdża ze ślizgiem bobsleisty w tył. 


Tak było i dwa dni temu. Po poniedziałkowym powrocie z centrum do domu w rekordowym czasie czterdziestu pięciu minut, musiał nastać zakorkowany wtorek. Już dwa kilometry od mojej domu. poruszał się sznur smutnych samochodów. Potem już było tylko gorzej. Od piętrzących się problemów, przez złorzeczące spojrzenia ludzi, konflikty na wschodzie, bieda i kłopoty żołądkowe, oklapnięta fryzura i mecząca rozmowa z ankieterem banku PKO. W końcu przyszedł ten moment, kiedy zapadła decyzja o pójściu na “facebookowe” wydarzenie “Wieczór autorski: prof. Bralczyk, Markowski i Miodek”. Około dziewiętnastej, nieprzekonana, docieram na wyznaczone miejsce, staję wśród tłumu i czekam. Klamka zapadła.


Na całe szczęście istnieje na tym świecie sprawiedliwość, a panowie zdecydowanie nie zawiedli. Przez ponad godzinę otwierali przed nami barwny świat słów i wiedzieli, że to było dobre. Momentami zabawni, inspirujący, momentami kontrowersyjni. bo tacy postępowi, gotowi do konfrontacji opinii na temat zasadności pojęć, jak "mizianie" oraz "lajk", nakreślali swoją wizję języka polskiego. Tolerancyjną i z przymrużeniem oka. Także, oczywiście, sprzedali mi tę książkę, co ją niby mimochodem promowali… Zachwycona wróciłam do domu. 


Dziewiąta rano, korek już na moim podjeździe, a ja wygodnie wegetuję w Fotelu mojego samochodu. Jak pięknie… (Fantazja pisana we wtorek wieczorem)



[EDIT] Dziewiąta zero siedem. Stoję na stacji Warszawa Choszczówka, przez głośnik nadają informację, że pociąg opóźni się siedemdziesiąt minut. Wsiadam na mojego kaktusa i odpycham się krzesłem w stronę wodospadu.

niedziela, 18 września 2016

Sztuka jeżdżenia

Polskie drogi są tematem na długie, zarówno fascynujące, jak i kontrowersyjne dyskusje. Choć powyższe zdanie brzmi niczym slogan ironicznej kampanii społecznej, złośliwej diagnozy laika, to trafia w punkt. Jakość asfaltu to jedno. Na Białołęce w niektórych miejscach jego brak, zdaniem urzędników, kończy niewygodne dywagacje. Nawierzchnia gruntowa jest w końcu niewidzialna, nawet jeśli bliżej jej do krajobrazu księżycowego. To, co na drogach jest o niebo ciekawsze nijak ma się do stanu nawierzchni dróg.

To jej niepowtarzalni użytkownicy.

Lawirując ostatnio pomiędzy autami na jednym z odcinków Wisłostrady, zapadła mi w pamięć jedna z imponujących informacji. Rocznie Polacy powodują około 400 tys. wypadków na drogach z czego ⅕ ma miejsce poza granicami naszego kraju. Świadczy przede wszystkim  o kompletnym braku przygotowania zagranicznych kierowców na międzynarodowe transfery polskiej husarii. A ta, złożona z niedoścignionych passatów, golfów, skod fabii i matizów, jeńców nie bierze. Z jednej strony to niczym nieskrępowana prędkość jest mocną stroną zmotoryzowanych Polaków. I to bezsprzecznie Niemcy, na czele z Angelą Merkel, nie ograniczając prędkości na autostradzie, sami biorą odpowiedzialność za rozbuchane silniki swoich wschodnich sąsiadów. Z drugiej, jest jeszcze Slav Brawura. Dynamika i zwinność ruchu. Ich kwintesencja to w końcu słowiański przykuc - najbardziej charakterna, i tym bardziej temperamentna poza kontynentu europejskiego. Skoro najlepiej kucać, kiedy jest nas kilku, start ze świateł też powinien być wspólny, nieco przyczajony i z przytupem. Prędkość reakcji równa się prędkości światła. A nawet dwóch - jeśli start to tylko z żółtego na zielone, bo inaczej dogonią nas ci inni, którzy gonią nas zawsze. Możecie wierzyć lub nie, ale jazda w Polsce to nieustający wyścig. Wyścig demokratyczny, w którym wygrywa każdy, o ile jedzie szybko i dynamicznie, wykorzystując każdy centymetr drogi. Żadnych odstępów! Jednak czy to wystarczy? Manicheistyczna natura świata rozdziela role prawych i sprawiedliwych, służących nieujarzmionej wolności i tych, którzy pod przykrywką autorytarnych idei odgórnego porządku kodeksu drogowego ingerują we wszystko, co dobre i suwerenne. Ścierające się siły kierowców i  złej strony mocy - drogówki. Bo polskie drogi to taki antywestern, gdzie szeryf strzela bez ostrzeżenia, z krzaków, za rewelacyjnie wyprofilowanym zakrętem. Z tego morał, że nie należy mu ufać i wtedy, kiedy na drodze znajdziemy jego niewinne gadżety - fotoradary. Haczyk musi być i dopuszczalne 50km/h to tak naprawdę 30, więc zwolnijmy, dla niepoznaki zróbmy korek, upozorujmy wrażenie wypadku i za fotoradarem wszyscy razem wystrzelmy 120.

Sztuka to nie jechać ekonomicznie i płynnie z uwzględnieniem znaków. Sztuka to zrobić tira, ciężarówkę, vana, punto i to na trzeciego pod górkę w zamglonej styczniowej nocnej gołoledzi.

Skoro już o gołoledzi mowa, należy pamiętać, że szeryf i kierowcy mają swojego sprzymierzeńca - poczciwych drogowców. Dopóki odziani są w pomarańczowe odblaskowe kamizelki, za sterami pługów śnieżnych czy łopat, dopóty nie znają podziałów panujących w naszym Easternie. Mają jeden, bolesny mankament - kompletny brak refleksu. Rokrocznie w na przełomie listopada i grudnia radio, telewizja i prasa zawiedzione oznajmiają: zima zaskoczyła drogowców, na drogach panuje wtedy smutek i 30 km/h. Jednak i zima ostatnimi czasy niedomaga, bo jakie czasy, taka młodzież i taka pogoda. Zmotoryzowana Polska łapie się za głowę - opony zmienione, łańcuchy kupione, a śniegu brak. I choć chłodno na dworze, to niebezpiecznie reaktywuje się inna grupa drogowej piramidy społecznej - rowerzyści.

Kasta wspierana przez państwo, wypierana przez resztę. Momentami wydaje się, że nawet bezstronna komunikacja miejska żywi podejrzanie negatywne emocje, jeśli chodzi o uprzywilejowane jednoślady napędzane siłą mięśni. Być może gdyby wspomniane mięśnie ochoczo wspierała intelekt wraz z mocą znajomości znaków i szacunku wobec kodeksu drogowego, to na drogach panowałaby braterska przyjaźń. Na chwilę obecną relacje, dopóki panuje spokój, przypominają bardziej chłodną dyplomację. Szczególnie na trasach nieco szybszego ruchu, jak Wisłostrada. Rowerzyści pedałują po trasach i chodnikach, zmagając się tym razem z pieszymi. Większe auta i ich większe silniki spychają mniejsze z honorowego, lewego pasa powołując się na prawa natury. Inni bykiem patrzą na zdezorientowane samochody spoza mazowieckiego, a wszyscy frustrację wyładowują na losowych bryczkach, furmankach i traktorach. Stanowią one lokalny folklor, ale pozostają daleko w tyle za wymaganą prędkością.

Poza wszelkimi wymogami znajdują się oczywiście młodzi kierowcy w “elkach” i taksówkarze. O ile tych pierwszych spotkać można w okolicach ośrodka WORD, również przyczyniają się do wzrostu agresji drogowej, to jednak istnieje nadzieja, że wyjdą na prawidłowo zmotoryzowanych Słowian. Znaczna większość tych drugich jest do znalezienia w każdym zakątku miasta, i do tego niereformowalna. Nieliczne wyjątki sympatycznych i rozumnych tylko potwierdzają regułę.

I można by było tak bez końca truć, jak mawia moja babcia, na tych, co tak źle jeżdżą, co za szybko, za wolno, do tyłu, do przodu, bez świateł i z listkami. Gdyby nie Ci wszyscy antybohaterowie polskich dróg, to nikt z was nie doceniłby przyjemności z jazdy o drugiej w nocy, po pustych ulicach, z zamaskowaną policją w czarnym Oplu Insignia w tle…







wtorek, 14 czerwca 2016

BESOS

środa, 30 marca 2016

GRanica

To cudowne uczucie podczas przerwy świątecznej, kiedy pijąc lampkę wina siedzisz z najdroższą przyjaciółką na werandzie jej domu przy światłach artystycznych lampionów, a jej rozkoszny kot wiję się na twoich kolanach i wtem ona oznajmia Ci, że od wielu dni winna była oddać Ci pożyczoną niegdyś książkę. Prostujesz się z zaciekawieniem, a z tyłu głowy pojawia się tysiące tytułów, które tak bardzo kochałaś a zgubiłaś lub kochałaś, a nigdy nie miałaś na własność lub w końcu kochałaś, a nigdy nie przeczytałaś, w sumie to ich istnieniu wiesz z miernego artykułu na Wikipedii przeczytanego po portugalsku ergo nie do końca zrozumiałego. Wymarzona pozycja obita w szlachetną skórę. Wewnątrz ozdobiona ilustracjami spod ręki zakonnego artysty, dostojna i pachnąca kadzidłem, czysta mistyka. I ona wraca rozradowana, lekki wiosenny wietrzyk delikatnie was owiewa i już chcesz dostać swój Święty Grall, utulić go i porwać, gdy …

Książka okazuje się Granicą Nałkowskiej wydawnictwa GREG, nie ma w niej grama obrazka, okładka się sypie, a jedyne czym pachnie to licealnym drugim śniadaniem. Tak naprawdę to siedzicie na jej łóżku, które w sumie jest wolnostojącym materacem. Wino wietrzeje, ona pije je z kubka po herbacie, ty z gwinta. Rozkoszny kot przypomina raczej złośliwego rysia, a święta znowu były za krótkie.


I wtedy przypominasz sobie, że na regale w twoim pokoju leży pięknie wydana, oczywiście pożyczona “Sztuka cenniejsza niż złoto” Białostockiego i satysfakcja erudyty (a tak naprawdę twojego wewnętrzny zbieracza) wraca i nastrój razem z nią..

piątek, 1 stycznia 2016

2016

Jeśli istnieje jakaś prosta metoda zbliżenia się do fantomowego uczucia powolnego umierania w całkiem realnych mękach, to jest to kac. I nie chodzi tutaj o żadne użalanie się nad człowiekiem, który prawdopodobnie z własnej nieprzymuszonej woli wypił kilka lampek wina, tuzin toastów z wódki, potem ponownie zakręcił się w okolicy jakiegoś rieslinga, aby w okolicy północy wlać w siebie pół butelki prosecco i finiszować, gdzieś pod choinką z aromatyczną gorzką żołądkową i sałatką. Nawet jeśli nazwiemy to chorobą, zatruciem, poziom niemocy pozostaje nadal taki sam. 

Nie bolą nas już brudne włosy, ani to trochę odrzucające bagno z mascary na naszych oczach, nie żenuje nas poza a la Quasimodo, w której przemieszczamy się od pokoju do pokoju w poszukiwania jakiegoś świętego Graala pełnego wody lub elektrolitów. 

Nie krępuje nas nawet to jeśli nie możemy się ruszać w ogóle. Wiele rzeczy staje się kompletnie nieistotnych i gdyby nie zasysające uczucie w przełyku, moralniak, samoocena na poziomie Rowu Mariańskiego, to kac byłby zagładą jeśli nie dla gatunku ludzkiego, to na pewno dla poczucia estetyki.

Nie życzę, ani sobie, ani Wam aby cały kolejny rok wyglądał i trwał tak długo jak ten poranek, południe, popołudnie i wieczór, ale mam nadzieję, że wszyscy zaznamy nieco pijackiego dystansu do tego, nas czeka. Nihilistycznego 2016 <3

czwartek, 10 grudnia 2015

Koktajle

(Po n-tym kieliszku wina wątpliwej jakości spłynęło na nie niepowstrzymane umiłowanie mądrości)

Nasze pokolenie podchodzi do urządzeń elektronicznych z troską i empatią, czego brakuje pokoleniu naszych rodziców i dziadków. Traktujemy telefony komórkowe jak przedłużenie ręki, a określenie Personal Computer (PC) nabiera na znaczeniu, bo ten komputer naprawdę staje się bliski osobie właściciela..

Nonsens, ja tego nie czuję.

Ile razy serce mocniej zabije, kiedy smartfon upuszczony z łoskotem upada na twardą posadzkę, jak bardzo krwawi na widok zarysowanej szyby? Złość, która rozsadza nas kiedy zawieruszy się gdzieś w torebce i przerażająca perspektywa jego utraty...

Najwyżej przez wizję kosztów, nikt nie lubi psuć, a tym bardziej tracić tego, co cenne i użyteczne.

Jednak, prawdopodobnie wraz z  kosztami idzie przywiązanie. Nasi rodzice potocznie zwą to uzależnieniem na przykład od telefonu. Tylko, że uzależnieni nie jesteśmy od telefonu, ale raczej od funkcji jaką pełni w naszym życiu….

Mhm, weź mi polej.

Jasne. Przy pomocy takiego urządzenia zyskujemy cały wachlarz możliwości, od komunikowania się z bliskimi i znajomymi, przez bezustanny przepływowi informacji o świecie, aż po rozwój kompetencji takich jak pamięć czy spostrzegawczość. W sumie takie działania pomagają funkcjonować nam we współczesnym społeczeństwie, dzięki temu sprostujemy jego oczekiwaniom z większą łatwością niż np. przez telefon stacjonarny i lokalną kafejkę internetową. W skrócie telefon komórkowy staje się kolejnym organem poszerzającym nasze możliwości poznawcze. Każdy posmutniałby widząc jak choruje jego ręka, czując, że znacznie traci słuch i wzrok. A jako, że my dostęp do naszego nowego organu dostaliśmy w wieku dojrzewania, to nic dziwnego, że poziom zżycia znacznie różni się od tego naszych rodziców. Pozwólmy im tego nie rozumieć.

(Jedna ze stron dyskusji odchodzi, lecz ona toczy się dalej)

Taka relacja obfituje też w różne inne skutki. Ilekroć zmieniacie telefon to następuje proces przystosowywania się, zmiana nawyków, może zmiana nastawienia. To jak przeszczep. Nie dziwią też odwieczne konflikty zwolenników Samsunga i Apple’a, których podstawą nie byłoby nic innego jak swoisty rasizm lub tolerancja na podstawie biologicznych różnić. III wojna światowa nie rozegra się między Wschodem i Zachodem, ani Bliskim Wschodem i resztą świata, ale nagle ludzkość stanie w obliczu konfliktu dwóch korporacji. Najpierw pozbędą się całej konkurencji, skończy się Huwaiwei, Motorolla, LG, Nokia… To będzie prawdziwa rzeź szklanych ekranów. Najgorsze nadejdzie potem.. przegryzione ładowarki, zawirusowane oprogramowania, palone karty sim i podpalane obudowy. Koktajle Jobbsa wszędzie. No właśnie, koktajle.. Hmm.

(Kurtyna milczenia opada. Gdzieś w tle słychać jedynie ciche siorbanie.)

czwartek, 26 listopada 2015

Włosy

Ściełaś włosy? O matko! Jak to? Okrzyknęła bardzo kochana, ale bezpośrednia koleżanka. Choć przez moment ton jej głosu zabrzmiał niczym oskarżenie o wymordowanie stada zwierzątek, intencje wcale nie były złe. Zamanifestowały pewną relację. Między włosami, a ich posiadaczkami.

Tłum, w którym codziennie przedzieramy się na uniwersytet pełen jest długich włosów. Właściwie, gdzie nie spojrzeć atakują brązowe proste, falowane blond, tu ombre, tam ciemne, inne farbowane. Dziewczęta rzeczywiście są mocno przywiązane do tego, co od ostatnich kilkunastu lub dwudziestu lat wyrasta im na głowie.Zmiana wizji fryzury wywołuje nieprzyjemny stres, skonsternowany grymas lub ciche zakłopotanie.Przyznaję, że nie wiem, co znaczy takie zżycie. Mając siedem lat samodzielnie zmajstrowałam grzywkę, po komunii, jakby dla zamknięcia tematu białych sukienek i wianków, ścięłam też resztę. Inne hodowały piękne warkocze, choć oczywiście nie wszystkie. Offstreamowe krótkie boby zdarzały się dość regularnie, czasem w zestawie z okularami lub aparatem na zęby. Nadal nie umiem tych stylizacji zinterpretować, to było wczesne hipsterstwo czy nie..?

Rodzi się we mnie jedno pytanie, czemu tak się ich broni? Piękne i długie mogą być oczywiście podkreśleniem dziewczęcości, delikatności, a nawet niewinności. Cudnie kiedy tak powiewają na wietrze lub z gracją okalają porcelanową twarz. Mniej cudnie gdy przyjmują nieinwazyjną formę niesfornego, z czasem dość autonomiczngo koczka. Dziwi takie przywiązanie. Wątpię też żeby było hołdem dla utworu Włosy  Elektrycznych Gitar… To nie te czasy i raczej nie ta płeć.. Moda? A może bunt przeciw tej modzie.. Pewnie miałabym wątpliwości w przypadku takiej na obcinanie kończyn, ale chyba to wina mojej do bólu rozwiniętej pragmatyczności, no i faktu, że ręce jednak nie odrastają..

Pewnie do końca życia, ja i moja krótka  fryzura będziemy stały w pewnej opozycji do ideału kobiety. Gdzie jednak podziewa się konsekwencja orędowniczek długich włosów, że z taką zaciekłością nie bronią  również tych spoza głowy..

środa, 18 listopada 2015

Siedem minut

Wczoraj biały biały welon, jutro białe białe włosy
~Klan


Im dłużej żyję tym czas nabiera coraz innego znaczenia. Podkreślam: innego, nie większego ani mniejszego, nie zyskuje na wartości, nie staje się lepszy. On ewoluuje. Kiedyś życie miało swój określony nadrzędny porządek. Pobudka, śniadanie, mycie zębów, ubranie i do szkoły. Ze zdziwieniem wciągałam rajstopki przed płatkami z mlekiem, a koleżankom, które myły zęby przed śniadaniem trochę nie dowierzałam; z resztą nadal uważam, że to wybitnie nielogiczne. Teraz to, co się dzieje rano to jest do niczego niepodobne. Nie raz spodnie zakładałam równocześnie myjąc zęby, spłukując pianę z włosów i zagryzając kanapką. Trudno tu nawet o określenie jakiejkolwiek chronologii. Na czym oprzeć swój komfort psychiczny jeśli nie po rozregulowanym poranku przychodzi dzień pełen niewygodnych pytań: czy zjem dziś obiad? czy będę wracać do domu godzinę czy dwie? czy nie wypiję piwa, po czym w kieszeni płaszcza nie wyczuję kluczyków do samochodu? czy jeśli wybierając 509 zamiast tramwaju nie przesiąknę zapachem hipotetycznego bezdomnego? Kyrie eleison!
Na żadne nie odpowiem, bo to jak wszczęcie dyskusji o słuszności zalegalizowania sprzedaży metamfetaminy w księstwie Radomskim. Niepotrzebne, a przede wszystkim na tyle nierealne aby na nie odpowiadać.
Niepewności towarzyszą początki obłędu. Od tych prostszych, kiedy panikę wywołuje zaburzenie ilości czekoladek w kalendarzu adwentowym, syndrom znany jako teraz zjem dwie tak na dwa dni, aż po te naprawdę poważne. Znowu nadciąga fala pytań. Jeśli wydaje mi się, że notes kupiłam niedawno, a już się skończył to znaczy, że czas płynie o wiele szybciej czy po prostu na studiach się dużo pisze? Czy ten siwy włos na głowie to początki starości, a może suchy szampon? Świat daje nam tyle mylnych sugestii, że zaczynamy gubić się w realnej rzeczywistości.
Był taki czas kiedy skutecznie jej unikałam. Otóż stosowałam nieco ekscentryczne antidotum w postaci własnej strefy czasowej, siedem minut wcześniejszej względem reszty Polski. Naprawdę doceniałam to swoje małe tymczasowe uniwersum, gdy z przerażeniem patrzyłam na godzinę odjeżdżającego pociągu, a po chwili dostawałam od losu pół kwadransa. Moja strefa czasowa nigdy nie była do końca określona względem innych. Komórka co i rusz rozregulowywał się zegarek. W efekcie coraz bardziej i bardziej oddalałam się od tego, co rzeczywiste, mając wrażenie, że czas płynie powoli i spokojnie..
Romantyczny okres mojej tymczasowej niezależności został na zawsze przerwany, kiedy to podchmielona znajoma brutalnie zabrała moje siedem cennych minut. Siedem nieśmiertelnych minut..

niedziela, 1 listopada 2015

Na Bródnie.

Po raz kolejny słoneczne listopadowe popołudnie zamieniło się w bezkresną wędrówkę po wielkim niczym mazurska wieś cmentarzu Bródnowskim. Mijamy czwarty kontener, siódmą brzozę i piątą alejkę, a Ojciec nadal nie skręca. Ceglane mury północnej ściany płoną od światła jesiennego słońca, a my powoli zaczynamy się wznosić. Tego wzgórza nie kojarzy już chyba, żadne z nas. W powietrzu wypełnionym romansem  zapachu palonych zniczy i smażonej przed bramą kiełbasy wisi obawa. Obawa, że nigdy go nie odnajdziemy.


Po drodze spotykamy Malinowskich, Jana Kowalskiego lat 45 i piękną Ligię o perłowym uśmiechu. Jak na stu pięćdziesięciolatkę wygląda naprawdę dobrze - myślę, a po chwili nie widzę już Ligii, tylko jej sąsiadów Boguckich o płycie w kolorze wyblakłej czerni. Groby zmieniają się jak w kalejdoskopie. Na jednych adwokaci, na innych lekarze. Jest i Wiesław inżynier zerkający na przechodniów zza  zbyt dużych oprawek z lat osiemdziesiątych.  Tytułowanie zmarłych na grobach wraca do łask. Pod kolejnymi płytami leżą kochający mężowie, zmarli tragicznie i małe aniołki. Przez myśli przewijają się pomysły nagłówków rodem ze Steinbecka R.I.P. Danny- dobry kumpel, ale niezły skurwysyn, Świętej Pamięci i nieco puszczalska Dolores Ramirez.  Trochę się besztam, ale pomysł ma też swoje dobre strony. Młodzież odwiedzałaby okolicznych zmarłych nie tylko raz w roku i to ze względu na delicje w postaci pańskich skórek.


Choć nogi bolą, a niepewność i trwoga rosną, my nadal wytrwale idziemy. Natłok płyt powoduje zawrót głowy. Obserwując krajobraz cmentarny można dojść do wniosku, że w jakim stopniu realizuje on wyśniony przez Horacego motyw exegi monumentum. Lub przeciwnie, jest jego ironiczną interpretacją- pomnika ma każdy, ale do cholery, jest on z marmuru, nie ze spiżu i wkuty przez kamieniarza na wyjazdówce z Warszawy. Do tego większością trzeba się dzielić, nie daj Boże z jakąś rodzinną zakałą. Ale mili Państwo,  nie należy wybrzydzać, w końcu jest się na łasce potomnych. Zapomnicie o urodzinach siostrzenicy, spędźcie resztę w zaświatach ze świadomością, że na ziemi reprezentuje Was różowoszary pomnik z plastikową wiązanką i zniczami o kształcie kwiatów fioletowej kapusty. Nie wszystek umrze kiepska reputacja wśród nowych sąsiadów.

Ojciec w końcu skręca. Skomplikowanym manewrom między kolejnymi alejkami towarzyszy stukot obcasów i nieprzychylne przewodnikowi komentarze naszego małego pochodu listopadowego. Można powiedzieć, że cmentarz to jedno z miejsc najbardziej niezmiennych i trwałych, ale wystarczy, że w okolicy grobu-celu zmieni się choć jedna płyta i spacer może się zamienić się w wyprawę. Kiedy już jednak na horyzoncie lśni ta jedyna wszyscy oddychamy z ulgą i zabieramy się do rytuału. Przeważnie wszystko wraz z uprzątnięciem i modlitwą trwa od piętnastu do dwudziestu minut. Jeśli w okolicy pojawia się opcjonalna rodzina, wizyta przedłuża się o kilka minut. U nas właśnie mija  minuta dziesiąta, w alejce obok przewijają się gromady bródnowskich pielgrzymów. My natomiast zaczynamy sentymentalny powrót do lat 70. Stało się i dwie i trzy godziny, jako dziecko nudziłam się, jak jasna cholera. Babcia popłakiwała, dorośli wspominali. Teraz jednak to doceniam. Mówi moja mama, która nie wie jeszcze jak bardzo zdziwiłaby się słysząc to, co mówi z perspektywy ośmioletniej panny. Nie ukrywam jednak, że i ja podzielam jej rozżalenie. Plastikowe znicze, sztuczne kwiaty, byle jakie modlitwy.


I z łezką w oku przypominam sobie słowa pewne słowa pochodzące z krótkiego wywiadu. 1 listopada, cmentarz w Ciechocinku przytłoczony ciężkim szarym niebem, wszechobecna, smutna listopadowa atmosfera i ON. Don Wasyl z rodziną. Po jego lewicy kobiety, w centrum pokaźny czarny pomnik, a po prawej stronie orkiestra, stół z jedzeniem i butelka chłodnej wódki. Smutno, ale wierzymy w to i cieszymy się, że już nasi zmarli są na tamtym świecie, bo tam nie ma bólu i smutku. Jest Pan Bóg. Teraz śpiewamy ich ulubione piosenki, a to co, tu stoi to nie jest woda, bo nie wolno oszukiwać. I wódka prawdziwa i przemówienia z serca.

czwartek, 17 września 2015

Home-made linguistic theories.

And what if the language of my thoughts is not my native language? What if I am Polish, I feel a strong affection to the history and the heritage of this country but no matter how intensively I try I would never express myself properly.. I do not even mention problems with eloquence, no..  May it be the randomness of vocabulary, its incompatible rhythm  or above all inconsequence of language structure, literally, anything... Every single element of phenomenon called language can annihilate our internal agreement and cause complete desintegration!  That’s a horrible vision, isn’t it?  Happy are those who have already discovered that something does not work as they had expected. Among them we see musicians, painters, sculpturers and .... philologists? (Gosh, can they really be compaired with the most spiritualized professions ever?)

Let’s analyse closer their apparently earthbound situation. There are people who just find pleasure and facility in discovering  foreign languages. One day this small fascination explodes and they start feeling  a natural bond between their personality and object of longstanding studies – let it be English. More sensitive become poets, novelists or songwriters.

But... Have you ever had any strange attitude toward poliglotes? What do force them to deepen the knowledge of five , six or fifteen languages? Should it be only a dry pragmatism or need to extend the number of hypothetic smalltalkers? Or maybe is that a constant research for an appropriate method to express themselves - unconscious and, for some, never accomplished but resembles never-ending and rather spiritual exercise of joining the soul with the body. Sounds philosophically legit!

Now, I would like you to imagine the man who sacrified all his life for learning foreign languages being aware of his complete internal desintegration. He knows English, German, Norvegian, Swedish, Polish, French, Portuguese, Spanish, Urdu, Hungarian, Russian. Moreover he has recently experienced few lessons of Chinese and Korean. Ironically our seeker would feel emptiness and misunderstanding till the end of his life. Why? Oh that’s easy – the language of his mind was FANAGALO - ‘pidgin based on English, Afrikaans, Xhosa, and Zulu, used especially in the mines of South Africa’.....

Going a little bit further – what if our internal misunderstanding influences deeply relationships with other people? How many wars and conflicts could have been avoid if we’d known how to express our sensitivity, Adolf Hitler singing psalms in Hebrew as an antidote for the Holocoust? (That’s seems to be  a home-grown historiosophy, oh yess)

Isn’t the idea of the Babel Tower more convincing now?


I don’t know, but personally, I feel convinced to practice Portuguese grammar instead of supporting my hopeless English geist ..

piątek, 24 kwietnia 2015

“Moje życie jest jak tydzień złożony z piątków 13-tego”

Codzienność tych ludzi to wieczna walka o prawo do komfortu, tysiące wyrzeczeń, dziesiątki tysięcy pogrzebanych planów, miliony minut spóźnień, stresu i frustracji. Jak można żyć w świecie, gdzie każdy kot jest czarny, cała sól rozsypana, a żaden miesiąc nie zawiera w sobie litery R -mazec, czewiec, siepień itd… Nawet nie zdajemy sobie sprawy jakie tragedie odbywają się w ich domach, domach bez progów, luster, z tuzinem kominów. Postanowili, że najwyższy czas wyjść z cienia i opowiedzieć światu swoje historie.

Z Magdaleną* Z. spotykamy się w małej kawiarni niedaleko jej domu. Wybór umotywowała faktem, że wnętrze lokalu wyłożone jest jedynie niemalowanym drewnem. Może pukać do woli. Pukanie to oczywiście forma zaklinania rzeczywistości, żadna przyjemność. Tłumaczy i uśmiecha się szeroko. W jej uzębieniu widać braki, to efekt kilku skutecznych potknięć w dzieciństwie, tłumaczy i dodaje, że wydarzyły się one tuż po wyrośnięciu pięknych zdrowych zębów stałych. Wtedy też postanowiła zostać dentystką i walczyć ze stomatologicznym nieszczęściem. Na co dzień nosi implanty, ale one również ulegają zniszczeniom, więc podjęła decyzje o wyborze ruchomych. Będąc człowiekiem obdarzonym tak niezwykłą koordynacją ruchową wprost przeciwnie proporcjonalną do zachowań otoczenia należy analizować każdą decyzję dokładnie, doliczając margines strat, to pewne. Rozmawiamy, więc o jej życiu zawodowym, czy nie boi się przejmować odpowiedzialności za życie obcych ludzi, a właściwie ich zębów, jak radzi sobie z mianem profesjonalistki. Magdalena ponownie się uśmiecha i stwierdza, że jej przypadek jest zdecydowanie egocentryczny i nie przenosi się na innych ludzi. Niektórzy mówią nawet, że mam dobrą aurę. Paradoksalnie czują się przy mnie bezpiecznie. Zawsze byłam wybierana jako pierwsza do składów “w zbijaku” . Niezależnie od tego, w którą stronę leciała piłka, obrywałam zawsze ja. Miało to też swoje dobre strony, nauczyłam się łapać, praktycznie wszystko i wszędzie. Było w tym wiele prawdy, w przeciągu piętnastu minut rozmowy moja rozmówczyni zdążyła upuścić i złapać telefon komórkowy, łyżeczkę do herbaty, czajnik, a nawet własnego zęba (tego nawet zdublowała, co przypominało do pewnego stopnia żąglerkę). Niezwykła kobieta, naprawdę niezłomna. W moim przypadku rezygnacja, mogłaby być równoznaczna ze śmiercią. Wiesz ile razy ktoś potyka się na Giewoncie i przeżywa?

Na tej samej ulicy, ale pod numerem 12/14 mieszka dobry znajomy Magdaleny, Andrzej. Z relacji mojej rozmówczyni wiem, że cierpi na dużo poważniejszy “przypadek”, groźny dla otoczenia. Matka od zawsze nazywała mnie Werter, nie wiem czy to było celowe, czy to zauroczenie w bohaterze dzieła Goethego przysporzyło mi tylu zmartwień. Opowiada mój kolejny gość, założyciel grupy wsparcia dla ludzi dotkniętych zespołem chronicznego pecha. Nikt nie zdiagnozował tego jako choroby, ani nawet przypadłości. Katar sienny budzi większe emocje, niż fakt, że nie możesz przebywać w towarzystwie czarnych kotów. Jednak największym zmartwieniem Wertera nie są pechowe zwierzęta, a skłonność zwracania ku sobie nieprzyjemnych sytuacji, takich jak np. kontrola biletów w komunikacji. Kanarzy sprawdzają go za każdym razem, kiedy wsiada do autobusu. Średnio od ośmiu do piętnastu dziennie. Wyłaniają się znikąd, to naprawdę uciążliwa przypadłość. Nie może też jeździć autem, jego droga do pracy składa się z siedmiu zakrętów w lewo, wszystkie to zjazdy z dróg podporządkowanych, które przecinają się z najbardziej zakorkowanymi ulicami w okolicy. Kiedyś odcinek 10 kilometrów pokonałem w czasie 3 godzin..  Odpowiadam mu z przekąsem, że po prostu pech. Werter przerywa i tłumaczy, że choć określają siebie mianem nosicieli Zespołu Chronicznego Pecha, to ostatni człon nazwy to słowo w jakimś stopniu zakazane. Uważają, że samodzielnie jest ono bardzo raniące i lekceważące w stosunku do całej sytuacji. Nie chcą by problem bagatelizowano i kojarzono z przesądami, wróżbami, talizmanami i ludową zabawą. Od początku założenia naszej grupy wsparcia, mamy określony cel, przekonać WHO, żeby uznała nasz przypadek za chorobę. Życie wielu ludzi mogłoby nabrać kompletnie innego charakteru. Nagle z ofiar losu, bylibyśmy ofiarami NFZu.


Rok 2015 choć dla nich kolejny 1313 to okres buntu i zmian. Nie chcemy tak dalej żyć! W swojej walce o lepszy byt są na razie osamotnieni. Staramy się szukać sojuszników. Ostatnio podpisaliśmy się pod petycją o zezwolenie na robienie i udostępnienie oleju z konopi. Staramy się też angażować w akcje WWF,AWF,PDF… Jak widać ratunku szukają wszędzie, gdzie to możliwe, a nam pozostaje tylko trzymać za nich kciuki..

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Poświąteczny schopenhaueryzm.

Święta to podobno szczególny moment przeznaczony do refleksji nad życiem, istnieniem, duszą i masą innych uroków człowieczeństwa. Gdybyśmy byli trochę mniej dualistyczni, a bardziej jednolici wszystko rozgrywałoby się na poziomie potrzeb fizjologicznych: głodny? zjedz kanapkę. śpiący? idź śpij. A nie: głodny? zjedz kanapkę, ale w tym samym momencie odczuwaj niedobór wiedzy i pragnienie wolności, rozkładaj na części każdy element swojego marnego jestestwa by w końcu obrzydło ci wszystko razem z biedną kanapką. Właściwie to czym ona zawiniła?

Kalendarz liturgiczny de facto ustalając daty zachowywania szczególnej refleksji być może tworzony był także z myślą o odciążeniu dnia codziennego. Masz aż czterdzieści dni na poważne analizy i interpretacje własnej osoby, daruj sobie jednak w ten lany poniedziałek. Ciesz się dniem wolnym, oraz przyzwoleniem na lanie wody po podłodze w salonie. Co więcej, nie każdy piątek to Wielki Piątek ! Nikt nie sugeruje oczywiście, że kiedy nie ma świąt kościelnych, jesteśmy zwolnieni z myślenia. Ważne by raczej nie przekładać melancholii i zadumy na momenty przeznaczone do radości. Problem jednak rodzi się, kiedy już osiągasz apogeum radości. Umówmy się, że dzień Zmartwychwstania Pańskiego nie powoduje w większości religijnych spazmów i głębokich wewnętrznych przemian, ale za to kilku godzinna uczta już tak. Przede wszystkim spazmy z bólu brzucha, rewolucje, ale głównie żołądkowe. Nadmiar świąt Sprawia, że jakaś resztka człowieczeństwa budzi się i w bardzo nieudolny sposób rozpoczyna niecodzienny proces myślowy.
No bo co jeśli Jezus uważa farbowanie ugotowanych jajek za głupotę, a tym bardziej bawi go święcenie ich w kościele? Wcale mu się to nie podoba, ba, a jeśli ktoś błędnie odczytał sugestie i tak naprawdę symbolem odrodzenia jest cebula? To ją winniśmy malować, święcić i czcić? Cebule w majonezie, cebule faszerowane, żurek z cebulami. Co wtedy...

Poza pytaniami z zakresu wiedzy kulturoznawczej pojawiają się również inne przemyślenia, quasi filozoficzne. To uczucie kiedy po siedemdziesięciu dwóch godzinach nieustannego posiłku jedyne o czym marzysz to żywot pustelnika i konsumpcja korzonków lub zakon gdzieś daleko, w Tybecie, byle z dostępem do wifi. Siadasz więc na kanapie i po kolej tracisz zmysły, najpierw giną smaki jedzenia, potem jego zapachy, w końcu znika widok. Zamiera zdolność ruchu, mowy, myślenia. Pracują tylko jelita. Stan, który wtedy osiągasz jest bliski nirvany, od życia nie chcesz naprawdę nic. A Schopenhauer  kiśnie z zazdrości..

niedziela, 21 grudnia 2014

13.

Każdemu zdarzy się czasem zanadto zamyślić nad słowem. Powtarzać je do znudzenia w myśli, w końcu z poirytowaniem powiedzieć kilka razy na głos, w ostateczności wykrzyczeć aż straci znaczenie i kompletnie pozbawi sensu nie tylko siebie, ale także ten mozolny paralingwistyczny proces. To naprawdę przykre uczucie pozostać  z taką bezkształtną masą kilku niezgrabnych sylab, które nawet nie śmią udawać jakiegoś egzotycznego słowa, po prostu nie znaczą nic. Nie znam nikogo kto by to lubił, a utożsamiam się z tymi, których łapie obrzydzenie na samą myśl o popadnięciu w pułapkę własnego języka. Bo to nawet nie przypomina porządnej analizy, co najwyżej wprowdza w konsternację….

Przodek, przodek, przodek, przodek
przód, przód, przód
tył, tył
TYŁEK.

rezultat:

Moim tyłkiem był Stefan Batory. 

Puste Doniczki



Warszawska patelnia. Pora roku - brzydka polska jesień, pogoda - chyba deszczowa, a godziny “tak jakby” szczytu. Ciśnienie raczej niskie, za to poziom niepewności wysoki, ale nikogo to już nie dziwi. Czy można czuć grunt pod nogami tutaj, gdzie metro budują średnio raz na trzydzieści lat, a nowe osiedla powstają z doby na dobę?


Nastały czasy tragiczne. Strzeżcie się bluźniercy, chowajcie grzesznice i wstydźcie wegetarianie. Potępienie  nadejdzie niedługo, spłoniecie żywym ogniem gniewu Pańskiego.


Pan Jarek miał naprawdę dobry dzień. Czuł, że cały kościół uliczny mówił dziś jego głosem, Głosem niewidzialnego kaznodziei XXI w., niepozornego spowiednika miasta stołecznego Warszawa i Słowa Bożego Chodnikowego najbliższego tym, którzy najbardziej go potrzebują. Choć Pan Jarek widział , że te zagubione dusze najczęściej stanowiły  raczej przeszkodę fal dźwiękowych aniżeli, ich adresatów, to święcie wierzył w to, że gdzieś tam podświadomie każdy chociażby pośliźnie się na Mądrości Kościoła Brukowego. Pan Jarek za wszelką cenę chciał siać ziarenka w jak największej ilości pustych doniczek. Niekoniecznie musiało z nich coś wyrastać, wystarczyło, że nasionko odbiło się z głuchym hukiem o gliniane ścianki, bez grama gleby. Dla Pana Jarka ważne było, że gdzieś tam na jego konto wpadał kolejny ‘“dobry uczynek”.


Potępienie… Klęska…. genderapokalipsa


Wystrzelił jak z karabinu w stronę śpieszącej na tramwaj dziewczyny. Podstępna cudzołożnica przechytrzyła jednak apokaliptycznego proroka i wsłuchana w takt bluźnierczej muzyki oddała się warszawskim podziemiom.

Dla niego nie była już nawet pustą doniczką.

piątek, 24 października 2014

12.

Są takie dni kiedy przypominasz sobie, że lubisz pisać, ostatnio założyłeś , że będziesz robił to regularnie aby wyćwiczyć  swój obiecujący (ale skrajnie mierny) warsztat, a klawiatury (czy tam jakigoś długopisu) nie tknąłeś od dwóch tygodni. I jak tu mówić, że się pisze, jak się nie pisze (samo mówić o pisaniu brzmi absurdalnie). Wtedy gdzieś w głowie pojawia się urywek wywiadu z Wiesławem Myśliwskim, który swoim mentorskim głosem oznajmia, że bywały i takie dni kiedy się siedziało osiem godzin nad pustą kartką i dzień nie był stracony. Niestety właśnie wtedy w Twojej głowie pojawiała się myśl, że autor Kamienia na kamieniu podlega niestety innym prawom niż ty, niespełniony marzyciel, i od rzeczywistości otrzymuje osiem dodatkowych godzin, którymi może dysponować dowolnie, pozwalać sobie na takie wyrafinowane rozrywki jak bitwa myśli nad blatem biurka.
Wtedy Twoja irytacja delikatnie wzrasta, podżegana amerykańskimi ideałami (przez które wbrew własnej woli przebijałeś się przez pół poprzedniego tygodnia) i sprawia, że już wierzysz, że każdy może być super. Zaczynasz więc pisać.


Niepewnie.
Krótkimi zdaniami.
Dokładnie tak, jak stawia się pierwsze kroki.
Łapiesz wątek, który wydaje się równie genialny, co najlepsze z Twoich prac.
Szalejesz, pławiąc się w lekkości własnego słowa! Życie znów nabiera kolorytu marzeń o wielkiej twórczości! Ah, niesamowite to uczucie wiedzieć, że jest się stworzonym by pisać. Kończysz tak mistrzowsko, że aż martwisz się, o grono Twych wiernych czytelników, żeby po lekturze czegoś  tak przewrotnego i błyskotliwego nie poskręcało sobie karków i nie oślepło.  


Rzucasz okiem na swoje opus vitae i…. nie. Zdecydowanie poza pobłażliwym uśmiechem, nikomu nic się nie stanie.

wtorek, 21 października 2014

11.

Obywatele Uliczni Podrywacze,


pragnę ze szczerego serca pogratulować progresu jaki  poczyliniście w sprawie szerokopojętego komplementowania wdzięków naszych obywatelek. Konsutlacja z szerokim aktywem spowodowała docenienie jakości kierunków postępowego zachowania oraz nadzieję na nowe, równie zadowalające propozycje.
Praktyka dnia codziennego dowodzi, że OUP w ramach bezterminowego programu Chwalmy Warszawskie Damy Piękne (o znakomicie poprawnym ortograficznie skrócie ChWDP) w ostatnim miesiącu nie tylko wyrobił czterystu procentową normę, ale także zaprezentował godny uwagi model działalności organizacyjnej, nazwany procesem wdrażania nowych i unowocześniania starych metod aprobacji urody mieszkanek naszej prężnie rozwijającej się stolicy. Warto zwrócic szczególną uwagę na nastepujące przykłady:


  1. Rozpoczęcie powszechnej akcji kształtowania postaw dżentelmenskich w środkach komunikacji miejskiej - tj. zamaszysta organizacja pierwszeństwa w drzwiach autobusowych, umożliwianie miejsca stojącego w zapchanym środku transportu typu autobus (często kosztem innych użytkowników) oraz poźniejsza ochrona różnych partii ciała (za pomocą rąk i ciepłego spojrzenia) przed ewentualnymi obrażeniami.
  2. Wzmocnienie i rozwijanie struktur językowych zaczerpniętych od sawłar wiwru, afirmujących urodę, dbających o dobra materialne obywatelek oraz kształtowanie zażyłości społeczeństwa, kolejno cyt. “Piękna dziś pogoda, ale obywatelka piękniejsza.”, “Czy to Wasz kasztan?”, “Dzień dobry, nie znamy się, ale możemy się poznać”.
  3. Troska UOP o dobre samopoczucie i życiową satysfkację wszystkich Obywatelek, niezależnie od fizjonomii - użycie międzynarodowego hasła “Bjutiful” wobec przedstawicielek rasy czarnej wizytyjących lub przebywających w stolicy na stałe,a także stosowanie sloganu gry - słownej “fajny masz wózek” w stosunku do obywatelek o zmodyfikowanych możliwościach przemieszczania się.
  4. Dalszy rozwój różnych form działalności, również artystycznej. Tu obowiązkowy jest cytat jednego z działaczy, obserwującego biegaczkę dbającą o tężyznę fizyczną - “One to tak chodzą, góra dół, ja gdybym mógł to bym nagrał, a film byłby taki, o taki” (tu pokazuje gest znany pod kryptonimem Lapidarna Afirmacji Jakości Kobiety).


Warto jest ponownie podkreślić wdzięczność za działalność OUPu i oczekiwać nowych postaw uczestników wobec zadań stawianych przez organizację. Wyższe ideowe założenia zakładają rozwój systemu szkolenia kadr odpowiadającego potrzebom obywatelek oraz przede wszystkim powszechnego uczestnictwa społeczeństwa w wielkim, przyszłościowym projekcie.

      Zarządca Instytutu Męskiej Wizji Świata.

środa, 1 października 2014

10.

Ja wierze w to, że ludzie są dobrzy. Zbyt często podawali mi pomocną dłoń, a za uśmiech odpłacali uśmiechem. Sama również staram  się wokół roztaczać piękną łunę równości i koleżeństwa, miłować moich drogich braci i me ukochane siostry. Z drugiej strony też jestem człowiekiem i niejednokrotnie doświadczam ile zła siedzi w tej szlachetnej duszy, jak wiele potwornych myśli skrywa niewinna twarz i jak często, mówiąc kolokwialnie, zalewa mnie krew w obliczu pozornie błahych powodów.

Bywają takie dni, kiedy w każdym odzywa się wewnętrzne zło i gotowy jest robić bardzo przykre rzeczy. Wyobraźnia płata wtedy paskudne figle, a my pławimy się w wyimaginawanym (szczęśliwie) okrucieństwie. Ile razy wracając do domu, z przyklejonym do kręgosłupa żołądkiem, marzyłam aby autobus nie zważał na sunące po pasach staruszki i rozjeżdżał innych przechodniów, bo JA musze zjeść. Życzyłam by ludzie wypadali z metra, kiedy było ono zapchane, bo MI było gorąco i duszno. W obliczu potrzeby najwyższej wagi* wyobrażałam jak zrzucam z siebie ogładę nałożoną na mnie przez społeczeństwo i przy użyciu siły fizycznej eliminuje  konkurencję w kolejce do toalety. Wszystko pozostawało w sferze marzeń, jednak po pewnym czasie rodziło wewnętrzną konsternację, a nawet chwilowe zawahanie w moje wierne oddanie humanizmowi. Te sytuacje można też jednak dzięki niemu wytłumaczyć: w końcu człowiek to też zwierze i dopóki nie zaspokoi dolnych szczebli piramidy Maslowa, nie zdoła wspiąć się na szczyty swoich możliwości.

Co jeśli powody są inne? Czy istnieją akceptowalne wytłumaczenia, które nie sprowadzają nas do poziomu małpy? Życie jest piękne, ale też potwornie irytujące. Mówimy “zły dzień”, “złośliwość rzeczy martwych”, czy “nieszczęścia chodzą parami”. To są właśnie te sytuacje, kiedy los robi sobie z nas jaja, co ma na celu wyprowadzić z równowagi anielską cierpliwość, zgnieść do poziomu podłogi, tak rutynowo, żeby jednak nie było zbyt pięknie. Jest jeszcze inna grupa okoliczności, luźno powiązana z pojęciem losu, możemy ją roboczo nazwać “sytuacjami nieznośnymi”. W te grupę wchodzą zarówno muchy, komary i inne insekty, jak i silny wiatr, przeciekający kran, skończony papier toaletowy czy pusty słoik nutelli. Charakteryzują się spersonalizowaniem (nie każdy będzie popadał w “zło” przez warunki atmosferyczne, ale z kolej brak podstawowego domowego zaopatrzenia może przeciążyć szalę wewnętrzego spokoju). Dla przykładu, jedna z moich drogich znajomych, złota kobieta, przyznała mi się kiedyś, że za każdym razem jak widzi przechadzającego się gołębia to ma ochotę go kopnąć. “Przecież one są takie głupie” dodała, próbując się tłumaczyć.

Nie sposób mi było się z nią nie zgodzić. Wrodzony idiotyzm to ostatni zapalnik, który mógłby implikować bardzo złe czyny. Czasem, zaznając uczucia silnej irytacji wywołanej przez durnego człowieka, zastanawiam się ile słynnych zbrodni wynikało z takiej sytuacji? Do którego momentu morderca był ofiarą cudzej tępoty, która pchała go do zabójstwa? Wina leży całkowicie po jego stronie, bo nie utrzymał się w ryzach norm. Jednak gdyby tak nazwać to afektem? Czekam aż nakręcą horror, w którym złoczyńca - masochista nie katuje pięknych kobiet, czy zjada te obfitsze, ale zajmuje się masowym wybijaniem, tych, które zadają zbyt dużo głupich pytań i nie są w stanie pojąć szkodliwości swoich zachowań w życiu normalnych obywateli. Lepiej mieć się na baczności. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że rozmówca może, w chwili irytacji, stać się też potencjalnym morderca..


* "siku"