czwartek, 17 września 2015

Home-made linguistic theories.

And what if the language of my thoughts is not my native language? What if I am Polish, I feel a strong affection to the history and the heritage of this country but no matter how intensively I try I would never express myself properly.. I do not even mention problems with eloquence, no..  May it be the randomness of vocabulary, its incompatible rhythm  or above all inconsequence of language structure, literally, anything... Every single element of phenomenon called language can annihilate our internal agreement and cause complete desintegration!  That’s a horrible vision, isn’t it?  Happy are those who have already discovered that something does not work as they had expected. Among them we see musicians, painters, sculpturers and .... philologists? (Gosh, can they really be compaired with the most spiritualized professions ever?)

Let’s analyse closer their apparently earthbound situation. There are people who just find pleasure and facility in discovering  foreign languages. One day this small fascination explodes and they start feeling  a natural bond between their personality and object of longstanding studies – let it be English. More sensitive become poets, novelists or songwriters.

But... Have you ever had any strange attitude toward poliglotes? What do force them to deepen the knowledge of five , six or fifteen languages? Should it be only a dry pragmatism or need to extend the number of hypothetic smalltalkers? Or maybe is that a constant research for an appropriate method to express themselves - unconscious and, for some, never accomplished but resembles never-ending and rather spiritual exercise of joining the soul with the body. Sounds philosophically legit!

Now, I would like you to imagine the man who sacrified all his life for learning foreign languages being aware of his complete internal desintegration. He knows English, German, Norvegian, Swedish, Polish, French, Portuguese, Spanish, Urdu, Hungarian, Russian. Moreover he has recently experienced few lessons of Chinese and Korean. Ironically our seeker would feel emptiness and misunderstanding till the end of his life. Why? Oh that’s easy – the language of his mind was FANAGALO - ‘pidgin based on English, Afrikaans, Xhosa, and Zulu, used especially in the mines of South Africa’.....

Going a little bit further – what if our internal misunderstanding influences deeply relationships with other people? How many wars and conflicts could have been avoid if we’d known how to express our sensitivity, Adolf Hitler singing psalms in Hebrew as an antidote for the Holocoust? (That’s seems to be  a home-grown historiosophy, oh yess)

Isn’t the idea of the Babel Tower more convincing now?


I don’t know, but personally, I feel convinced to practice Portuguese grammar instead of supporting my hopeless English geist ..

piątek, 24 kwietnia 2015

“Moje życie jest jak tydzień złożony z piątków 13-tego”

Codzienność tych ludzi to wieczna walka o prawo do komfortu, tysiące wyrzeczeń, dziesiątki tysięcy pogrzebanych planów, miliony minut spóźnień, stresu i frustracji. Jak można żyć w świecie, gdzie każdy kot jest czarny, cała sól rozsypana, a żaden miesiąc nie zawiera w sobie litery R -mazec, czewiec, siepień itd… Nawet nie zdajemy sobie sprawy jakie tragedie odbywają się w ich domach, domach bez progów, luster, z tuzinem kominów. Postanowili, że najwyższy czas wyjść z cienia i opowiedzieć światu swoje historie.

Z Magdaleną* Z. spotykamy się w małej kawiarni niedaleko jej domu. Wybór umotywowała faktem, że wnętrze lokalu wyłożone jest jedynie niemalowanym drewnem. Może pukać do woli. Pukanie to oczywiście forma zaklinania rzeczywistości, żadna przyjemność. Tłumaczy i uśmiecha się szeroko. W jej uzębieniu widać braki, to efekt kilku skutecznych potknięć w dzieciństwie, tłumaczy i dodaje, że wydarzyły się one tuż po wyrośnięciu pięknych zdrowych zębów stałych. Wtedy też postanowiła zostać dentystką i walczyć ze stomatologicznym nieszczęściem. Na co dzień nosi implanty, ale one również ulegają zniszczeniom, więc podjęła decyzje o wyborze ruchomych. Będąc człowiekiem obdarzonym tak niezwykłą koordynacją ruchową wprost przeciwnie proporcjonalną do zachowań otoczenia należy analizować każdą decyzję dokładnie, doliczając margines strat, to pewne. Rozmawiamy, więc o jej życiu zawodowym, czy nie boi się przejmować odpowiedzialności za życie obcych ludzi, a właściwie ich zębów, jak radzi sobie z mianem profesjonalistki. Magdalena ponownie się uśmiecha i stwierdza, że jej przypadek jest zdecydowanie egocentryczny i nie przenosi się na innych ludzi. Niektórzy mówią nawet, że mam dobrą aurę. Paradoksalnie czują się przy mnie bezpiecznie. Zawsze byłam wybierana jako pierwsza do składów “w zbijaku” . Niezależnie od tego, w którą stronę leciała piłka, obrywałam zawsze ja. Miało to też swoje dobre strony, nauczyłam się łapać, praktycznie wszystko i wszędzie. Było w tym wiele prawdy, w przeciągu piętnastu minut rozmowy moja rozmówczyni zdążyła upuścić i złapać telefon komórkowy, łyżeczkę do herbaty, czajnik, a nawet własnego zęba (tego nawet zdublowała, co przypominało do pewnego stopnia żąglerkę). Niezwykła kobieta, naprawdę niezłomna. W moim przypadku rezygnacja, mogłaby być równoznaczna ze śmiercią. Wiesz ile razy ktoś potyka się na Giewoncie i przeżywa?

Na tej samej ulicy, ale pod numerem 12/14 mieszka dobry znajomy Magdaleny, Andrzej. Z relacji mojej rozmówczyni wiem, że cierpi na dużo poważniejszy “przypadek”, groźny dla otoczenia. Matka od zawsze nazywała mnie Werter, nie wiem czy to było celowe, czy to zauroczenie w bohaterze dzieła Goethego przysporzyło mi tylu zmartwień. Opowiada mój kolejny gość, założyciel grupy wsparcia dla ludzi dotkniętych zespołem chronicznego pecha. Nikt nie zdiagnozował tego jako choroby, ani nawet przypadłości. Katar sienny budzi większe emocje, niż fakt, że nie możesz przebywać w towarzystwie czarnych kotów. Jednak największym zmartwieniem Wertera nie są pechowe zwierzęta, a skłonność zwracania ku sobie nieprzyjemnych sytuacji, takich jak np. kontrola biletów w komunikacji. Kanarzy sprawdzają go za każdym razem, kiedy wsiada do autobusu. Średnio od ośmiu do piętnastu dziennie. Wyłaniają się znikąd, to naprawdę uciążliwa przypadłość. Nie może też jeździć autem, jego droga do pracy składa się z siedmiu zakrętów w lewo, wszystkie to zjazdy z dróg podporządkowanych, które przecinają się z najbardziej zakorkowanymi ulicami w okolicy. Kiedyś odcinek 10 kilometrów pokonałem w czasie 3 godzin..  Odpowiadam mu z przekąsem, że po prostu pech. Werter przerywa i tłumaczy, że choć określają siebie mianem nosicieli Zespołu Chronicznego Pecha, to ostatni człon nazwy to słowo w jakimś stopniu zakazane. Uważają, że samodzielnie jest ono bardzo raniące i lekceważące w stosunku do całej sytuacji. Nie chcą by problem bagatelizowano i kojarzono z przesądami, wróżbami, talizmanami i ludową zabawą. Od początku założenia naszej grupy wsparcia, mamy określony cel, przekonać WHO, żeby uznała nasz przypadek za chorobę. Życie wielu ludzi mogłoby nabrać kompletnie innego charakteru. Nagle z ofiar losu, bylibyśmy ofiarami NFZu.


Rok 2015 choć dla nich kolejny 1313 to okres buntu i zmian. Nie chcemy tak dalej żyć! W swojej walce o lepszy byt są na razie osamotnieni. Staramy się szukać sojuszników. Ostatnio podpisaliśmy się pod petycją o zezwolenie na robienie i udostępnienie oleju z konopi. Staramy się też angażować w akcje WWF,AWF,PDF… Jak widać ratunku szukają wszędzie, gdzie to możliwe, a nam pozostaje tylko trzymać za nich kciuki..

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Poświąteczny schopenhaueryzm.

Święta to podobno szczególny moment przeznaczony do refleksji nad życiem, istnieniem, duszą i masą innych uroków człowieczeństwa. Gdybyśmy byli trochę mniej dualistyczni, a bardziej jednolici wszystko rozgrywałoby się na poziomie potrzeb fizjologicznych: głodny? zjedz kanapkę. śpiący? idź śpij. A nie: głodny? zjedz kanapkę, ale w tym samym momencie odczuwaj niedobór wiedzy i pragnienie wolności, rozkładaj na części każdy element swojego marnego jestestwa by w końcu obrzydło ci wszystko razem z biedną kanapką. Właściwie to czym ona zawiniła?

Kalendarz liturgiczny de facto ustalając daty zachowywania szczególnej refleksji być może tworzony był także z myślą o odciążeniu dnia codziennego. Masz aż czterdzieści dni na poważne analizy i interpretacje własnej osoby, daruj sobie jednak w ten lany poniedziałek. Ciesz się dniem wolnym, oraz przyzwoleniem na lanie wody po podłodze w salonie. Co więcej, nie każdy piątek to Wielki Piątek ! Nikt nie sugeruje oczywiście, że kiedy nie ma świąt kościelnych, jesteśmy zwolnieni z myślenia. Ważne by raczej nie przekładać melancholii i zadumy na momenty przeznaczone do radości. Problem jednak rodzi się, kiedy już osiągasz apogeum radości. Umówmy się, że dzień Zmartwychwstania Pańskiego nie powoduje w większości religijnych spazmów i głębokich wewnętrznych przemian, ale za to kilku godzinna uczta już tak. Przede wszystkim spazmy z bólu brzucha, rewolucje, ale głównie żołądkowe. Nadmiar świąt Sprawia, że jakaś resztka człowieczeństwa budzi się i w bardzo nieudolny sposób rozpoczyna niecodzienny proces myślowy.
No bo co jeśli Jezus uważa farbowanie ugotowanych jajek za głupotę, a tym bardziej bawi go święcenie ich w kościele? Wcale mu się to nie podoba, ba, a jeśli ktoś błędnie odczytał sugestie i tak naprawdę symbolem odrodzenia jest cebula? To ją winniśmy malować, święcić i czcić? Cebule w majonezie, cebule faszerowane, żurek z cebulami. Co wtedy...

Poza pytaniami z zakresu wiedzy kulturoznawczej pojawiają się również inne przemyślenia, quasi filozoficzne. To uczucie kiedy po siedemdziesięciu dwóch godzinach nieustannego posiłku jedyne o czym marzysz to żywot pustelnika i konsumpcja korzonków lub zakon gdzieś daleko, w Tybecie, byle z dostępem do wifi. Siadasz więc na kanapie i po kolej tracisz zmysły, najpierw giną smaki jedzenia, potem jego zapachy, w końcu znika widok. Zamiera zdolność ruchu, mowy, myślenia. Pracują tylko jelita. Stan, który wtedy osiągasz jest bliski nirvany, od życia nie chcesz naprawdę nic. A Schopenhauer  kiśnie z zazdrości..

niedziela, 21 grudnia 2014

13.

Każdemu zdarzy się czasem zanadto zamyślić nad słowem. Powtarzać je do znudzenia w myśli, w końcu z poirytowaniem powiedzieć kilka razy na głos, w ostateczności wykrzyczeć aż straci znaczenie i kompletnie pozbawi sensu nie tylko siebie, ale także ten mozolny paralingwistyczny proces. To naprawdę przykre uczucie pozostać  z taką bezkształtną masą kilku niezgrabnych sylab, które nawet nie śmią udawać jakiegoś egzotycznego słowa, po prostu nie znaczą nic. Nie znam nikogo kto by to lubił, a utożsamiam się z tymi, których łapie obrzydzenie na samą myśl o popadnięciu w pułapkę własnego języka. Bo to nawet nie przypomina porządnej analizy, co najwyżej wprowdza w konsternację….

Przodek, przodek, przodek, przodek
przód, przód, przód
tył, tył
TYŁEK.

rezultat:

Moim tyłkiem był Stefan Batory. 

Puste Doniczki



Warszawska patelnia. Pora roku - brzydka polska jesień, pogoda - chyba deszczowa, a godziny “tak jakby” szczytu. Ciśnienie raczej niskie, za to poziom niepewności wysoki, ale nikogo to już nie dziwi. Czy można czuć grunt pod nogami tutaj, gdzie metro budują średnio raz na trzydzieści lat, a nowe osiedla powstają z doby na dobę?


Nastały czasy tragiczne. Strzeżcie się bluźniercy, chowajcie grzesznice i wstydźcie wegetarianie. Potępienie  nadejdzie niedługo, spłoniecie żywym ogniem gniewu Pańskiego.


Pan Jarek miał naprawdę dobry dzień. Czuł, że cały kościół uliczny mówił dziś jego głosem, Głosem niewidzialnego kaznodziei XXI w., niepozornego spowiednika miasta stołecznego Warszawa i Słowa Bożego Chodnikowego najbliższego tym, którzy najbardziej go potrzebują. Choć Pan Jarek widział , że te zagubione dusze najczęściej stanowiły  raczej przeszkodę fal dźwiękowych aniżeli, ich adresatów, to święcie wierzył w to, że gdzieś tam podświadomie każdy chociażby pośliźnie się na Mądrości Kościoła Brukowego. Pan Jarek za wszelką cenę chciał siać ziarenka w jak największej ilości pustych doniczek. Niekoniecznie musiało z nich coś wyrastać, wystarczyło, że nasionko odbiło się z głuchym hukiem o gliniane ścianki, bez grama gleby. Dla Pana Jarka ważne było, że gdzieś tam na jego konto wpadał kolejny ‘“dobry uczynek”.


Potępienie… Klęska…. genderapokalipsa


Wystrzelił jak z karabinu w stronę śpieszącej na tramwaj dziewczyny. Podstępna cudzołożnica przechytrzyła jednak apokaliptycznego proroka i wsłuchana w takt bluźnierczej muzyki oddała się warszawskim podziemiom.

Dla niego nie była już nawet pustą doniczką.

piątek, 24 października 2014

12.

Są takie dni kiedy przypominasz sobie, że lubisz pisać, ostatnio założyłeś , że będziesz robił to regularnie aby wyćwiczyć  swój obiecujący (ale skrajnie mierny) warsztat, a klawiatury (czy tam jakigoś długopisu) nie tknąłeś od dwóch tygodni. I jak tu mówić, że się pisze, jak się nie pisze (samo mówić o pisaniu brzmi absurdalnie). Wtedy gdzieś w głowie pojawia się urywek wywiadu z Wiesławem Myśliwskim, który swoim mentorskim głosem oznajmia, że bywały i takie dni kiedy się siedziało osiem godzin nad pustą kartką i dzień nie był stracony. Niestety właśnie wtedy w Twojej głowie pojawiała się myśl, że autor Kamienia na kamieniu podlega niestety innym prawom niż ty, niespełniony marzyciel, i od rzeczywistości otrzymuje osiem dodatkowych godzin, którymi może dysponować dowolnie, pozwalać sobie na takie wyrafinowane rozrywki jak bitwa myśli nad blatem biurka.
Wtedy Twoja irytacja delikatnie wzrasta, podżegana amerykańskimi ideałami (przez które wbrew własnej woli przebijałeś się przez pół poprzedniego tygodnia) i sprawia, że już wierzysz, że każdy może być super. Zaczynasz więc pisać.


Niepewnie.
Krótkimi zdaniami.
Dokładnie tak, jak stawia się pierwsze kroki.
Łapiesz wątek, który wydaje się równie genialny, co najlepsze z Twoich prac.
Szalejesz, pławiąc się w lekkości własnego słowa! Życie znów nabiera kolorytu marzeń o wielkiej twórczości! Ah, niesamowite to uczucie wiedzieć, że jest się stworzonym by pisać. Kończysz tak mistrzowsko, że aż martwisz się, o grono Twych wiernych czytelników, żeby po lekturze czegoś  tak przewrotnego i błyskotliwego nie poskręcało sobie karków i nie oślepło.  


Rzucasz okiem na swoje opus vitae i…. nie. Zdecydowanie poza pobłażliwym uśmiechem, nikomu nic się nie stanie.

wtorek, 21 października 2014

11.

Obywatele Uliczni Podrywacze,


pragnę ze szczerego serca pogratulować progresu jaki  poczyliniście w sprawie szerokopojętego komplementowania wdzięków naszych obywatelek. Konsutlacja z szerokim aktywem spowodowała docenienie jakości kierunków postępowego zachowania oraz nadzieję na nowe, równie zadowalające propozycje.
Praktyka dnia codziennego dowodzi, że OUP w ramach bezterminowego programu Chwalmy Warszawskie Damy Piękne (o znakomicie poprawnym ortograficznie skrócie ChWDP) w ostatnim miesiącu nie tylko wyrobił czterystu procentową normę, ale także zaprezentował godny uwagi model działalności organizacyjnej, nazwany procesem wdrażania nowych i unowocześniania starych metod aprobacji urody mieszkanek naszej prężnie rozwijającej się stolicy. Warto zwrócic szczególną uwagę na nastepujące przykłady:


  1. Rozpoczęcie powszechnej akcji kształtowania postaw dżentelmenskich w środkach komunikacji miejskiej - tj. zamaszysta organizacja pierwszeństwa w drzwiach autobusowych, umożliwianie miejsca stojącego w zapchanym środku transportu typu autobus (często kosztem innych użytkowników) oraz poźniejsza ochrona różnych partii ciała (za pomocą rąk i ciepłego spojrzenia) przed ewentualnymi obrażeniami.
  2. Wzmocnienie i rozwijanie struktur językowych zaczerpniętych od sawłar wiwru, afirmujących urodę, dbających o dobra materialne obywatelek oraz kształtowanie zażyłości społeczeństwa, kolejno cyt. “Piękna dziś pogoda, ale obywatelka piękniejsza.”, “Czy to Wasz kasztan?”, “Dzień dobry, nie znamy się, ale możemy się poznać”.
  3. Troska UOP o dobre samopoczucie i życiową satysfkację wszystkich Obywatelek, niezależnie od fizjonomii - użycie międzynarodowego hasła “Bjutiful” wobec przedstawicielek rasy czarnej wizytyjących lub przebywających w stolicy na stałe,a także stosowanie sloganu gry - słownej “fajny masz wózek” w stosunku do obywatelek o zmodyfikowanych możliwościach przemieszczania się.
  4. Dalszy rozwój różnych form działalności, również artystycznej. Tu obowiązkowy jest cytat jednego z działaczy, obserwującego biegaczkę dbającą o tężyznę fizyczną - “One to tak chodzą, góra dół, ja gdybym mógł to bym nagrał, a film byłby taki, o taki” (tu pokazuje gest znany pod kryptonimem Lapidarna Afirmacji Jakości Kobiety).


Warto jest ponownie podkreślić wdzięczność za działalność OUPu i oczekiwać nowych postaw uczestników wobec zadań stawianych przez organizację. Wyższe ideowe założenia zakładają rozwój systemu szkolenia kadr odpowiadającego potrzebom obywatelek oraz przede wszystkim powszechnego uczestnictwa społeczeństwa w wielkim, przyszłościowym projekcie.

      Zarządca Instytutu Męskiej Wizji Świata.